Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 02.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mam już was dosyć! Wy mnie drażnicie!
— Nie krzycz, bo tu za ścianą ludzie mieszkają, a ściany cienkie... — szepnął Pochroń, ściskając ją za rękę powyżej łokcia.
Dawno już nie widziała w jego twarzy takiego wyrazu. Obmierzły strach obleciał ją znowu, strach znieczulający, jak chloroform.
— Czy pani napisze do Szczerbica? — spytał Płaza krótko.
— Nie napiszę! — odrzekła w szaleństwie oporu.
— Trzeba koniecznie... — szepnął cicho, — nie może być inaczej.
Wstał zwolna, wydobył ze swej komody papier listowy, widocznie przygotowany, — arkusik angielski, nasycony zapachem perfum koniczyny, kopertę, markę, — przysunął pióro i atrament.
— Proszę napisać. My przeczytamy, i jeśli będzie dobrze, wyślemy.
— To wy macie chętkę przeczytać to, co napiszę do niego?
— Tak, my to przeczytamy. To dla nas nie list miłosny, lecz sprawa finansowa... — rzekł Pochroń, zamykając drzwi na klucz.
— Drzwi zamykasz, ty finansisto? — zaśmiała się dziko.
— Zamykam, dzieciątko moje.
— To dla nastraszenia mnie? Zamykaj drzwi, łotrze, włóczący się po świecie! Myślisz, że się przerażę i spełnię, co mi każesz?
Płaza-Spławski odsunął się pod okno, oparł plecami o róg szafy, — i skinął na Pochronia. Ten mo-