Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 02.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Panie hrabio, — mówił Pochroń, — musimy naradzić się i zdecydować, co robimy dalej. Toż to miesiące, miesiące upłynęły! Trzeba jechać nareszcie. Kiedyż my pojedziemy?
— Radź pan... — mruknął Płaza.
— Wiemy wszyscy, że z takim kapitałem, jaki mamy w ręku, niema wcale o czem myśleć.
— Nie myśl pan... — mruknął tamten.
— Więc co?
— Ależ to nie jest odpowiedź!
— Ja nie mam pieniędzy.
Obadwaj patrzyli sobie w oczy. Pochroń zwiesił głowę. Po chwili znowu ją podniósł i wlepił oczy w twarz Płazy.
— Bandl? — spytał ostatni.
— Niema żadnego, żadnego sposobu! Bandl co tylko mógł...
— Ja wyjadę sam... — rzekł zimno Płaza-Spławski.
— I co pan poradzisz bez pieniędzy?
— To moja rzecz. To się okaże. Nie mogę czekać, aż wam z nieba spadnie milion.
— Ostatnia nadzieja, ostatnia myśl, to jest ten Szczerbie.
— Szczerbie?! — zawołała Ewa, szczerze zdumiona.
— No, oczywiście. Gdyby go się wciągnęło do interesu... Przecie pisał do ciebie, że gotówby sprzedać wszystko w Europie i jechać do Ameryki. Właśnie i my mamy tę samą myśl. Niechby sprzedał wszystko i wstąpił do naszego interesu. Moglibyśmy zrobić miliony!