Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jestestwie obojga. Niebieskie oczy jej zdawały się zostawiać w przestworzu niebiański szlak. Współzachwyt przeistaczał się i wyrażał nazewnątrz w bezwiednem naśladownictwie ruchów i wzajem bezcennego brzmienia głosu. Na oczy wpółopuszczały się rzęsy, białka zaciągały się barwą błękitną, rysy martwiały i twarze bladły. Słowa stały się przyciszone, przejęte zawstydzeniem, zdradą, spozierające już-to naprzód, już poza siebie.
— Idę już. Do widzenia... — rzekła w zamyśleniu.
— Dlaczegóż pani odchodzi?
— Muszę do domu. O dziewiątej do biura.
— Pani pracuje w biurze?
— Tak.
— W jakiem biurze?
— W biurze zarządu kolei. W dziale przychodu...
— Czy to już dawno?
— Trzy lata.
— Jakież tam pani ma zajęcie?
— Robię »normy«.
— Cóż to za normy?
— To, proszę pana, dodawanie, czasami nawet odejmowanie, przedewszystkiem zaś pisanie. Dziewięć arkuszy, czterdzieści rubryk, czyli 250 linii dzienie.
— A pensya, jeśli wolno zapytać?
— Wolno. Zresztą, to można zobaczyć w etacie. Atak. Rubli srebrem pięćdziesiąt miesięcznie, tak, Panie. Początkowo było 26 rubli i kopiejek 10, a teraz pięćdziesiąt. Słyszy pan? Jeśli zaś robić dziennie trzy normy, co jest rzecz arcyniemiła, to można zarobić