Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Któż zaręczy z ręką na sercu, że badania tego rodzaju mogą być przeprowadzone ze ścisłością naukową, i że są obrazem prawdy? Czy pan może za to ręczyć, że dusze »dzikich« przenikniono do dna?
— Ja sądzę, że badania tego rodzaju mają bezcenną wartość. Ale mniejsza o to... Zwróćmy oczy na przeszłość choćby tych samych ludów, które zaległy ziemię i są teraz wessane przez silwasy, pampasy, lianosy, na etyopów, malayów, czerwonoskórych... Spojrzyjmy w noc historyi. — Czasami tylko stos kości w polu, czasami tylko ciemne smugi próchnicy w glinie powiedzą badaczowi, że tam jakiś lud wyginął, potargany przez łby katapult, albo czerepy granatów. Zdarzyło mi się jedną noc przemarzyć nad omurowanemi fosami Mantui. Czerwona, zgniła, stojąca woda i bujne platany!... Ludzie rozstrzelani, których Goya pochwycił w szpony swego geniuszu!... Ach, raz — małe rycinki sztycharza z początku XVII wieku, Jakóba Callot’a, zebrane w szereg p. t. Les misères de la guerre pozdrowiły mię tak straszliwym krzykiem przeszłości, żem go wyraźnie usłyszał...
— O czem pan mówi?
— Mówię ciągle o tej samej sprawie... O przedmieściach wielkich stolic, o ludziach w walcowniach i tkalniach. Zniweczenie i wytępienie jednych na korzyść innych, byleby stało się zadość widzeniu, jak »jedni drugie będą zabijali«... A nad tem wszystkiem, co było i jest, hymn: »Te Deum Laudamus«... Tak było zawsze. Nauka o człowieku doprowadza bezstronnego badacza...
— Ten wniosek może być fałszywy! Jak można