Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie zasieje nic szatan, bo się będę modliła, «żeby Pan Bóg dał panu stan łaski i żeby się pan mógł jak najprędzej nawrócić. Gdyby jeszcze pan poszedł do jednego księdza.
— Pani, wszystko! Tylko do księdza — za nic!
— No, dlaczego, dlaczego?! O, to uprzedzenie! Właśnie księża, znając tyle sumień ludzkich, mają możność rozważyć, roztrząsnąć wszystko do gruntu. Oni to rzeczywiście mają moc...
— Och, oni mają moc! Oni wszystko mogą. Już ja to wiem także. Czegóżby to ksiądz nie potrafił. Un bon curé vaut mieux que dix gendarmes... Ale co do mnie, to rzecz stracona. Widzi pani... na mnie »łaska« dziecinnych lat już nie spłynie, a modląc się, nie mogłaby pani słyszeć wszystkiemi władzami duszy i ciała tego, cobym ja na trzeźwo mówił.
— Czystość serca daje taki stan szczęścia!
— Tak, tak! Pamiętam... Dziecinne lata, majowe nabożeństwa. Spowiedź... konfesyonał... strach... komunia... Więc to pani jest w tej chwili właśnie w łasce U Boga no i u ludzi... i u ludzi... — uśmiechnął się Zgodnie, po dziecięcemu.
— Proszę pana, śmieje się pan ze swej własnej niemocy.
— Ja się bynajmniej nie śmieję. Ja tylko podziwiam zjawiska ducha — swego i pani... Pójdę już zaraz.
— Tak, już mrok idzie. Niech pan tu sobie zostanie. Niech pan wspomni dziecinne lata, dawne spowiedzie, dawne uczucia i zapomniane modlitwy. A może nowe nawiną się na usta...
— Już się nie nawiną.