Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


śnie wczoraj wieczorem spotkałem się z nim po dwu latach. Ma on dla mnie pewne zobowiązania. Możeby się udało wykołatać.
— Łaskawy panie!
— Kanalskie to jest plemię owe Krafty, ale co tui tam... owszem... — rzekł Horst.
— Zrobimy tak: ja napiszę do Wiktora KraftaliUst specyalny, a panu dam na rękę drugi polecający. Jest to bowiem zasada u tych panów, że tylko za dwoma listami...
— Łaskawy panie! — szeptał stary, dźwigając się ze swego miejsca ze złożonemi rękami. Nie było w nim nic z wykwintności wrodzonej, ani z elegancyi sztucznie nabytej. Stał obok krzesła, jak żebrak pode drzwiami. Obwisłe ręce, zdawało się, lada chwila wyciągną się z błaganiem, a kolana o podłogę uderzą.
Dobroczyńca spojrzał od niechcenia w stronę Ewy. Oczy jej były spuszczone na ręce, które splotły się na kolanach, usta ściśnięte, twarz trupio blada.
W owej chwili, bez uprzedzającego stukania, weszła do pokoju osobliwa dama. Była tak olbrzymia, że ledwie się zmieściła we drzwiach. Na głowie niosła Płaski, strupieszały kapelusz, rodzaj prowincyonalnego katafalka, otoczony ruinami ponurej woalki. Wchodząc do pokoju, zdjęła ów pseudo-kapelusz ruchem zgoła nięskim. Ogromna jej twarz, długa, przerżnięta wzdłuż linią nosa, a wpoprzek głębokiemi zmarszczkami czoła, miała w sobie jakąś niezwykłą prostotę, doprowadzoną do najwyższej granicy. Możnaby ją było narysować kilkoma grubemi liniami. Twarz ta otoczona była włosami Podciętymi »w czuprynkę« równo, a w taki sposób,