Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/373

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wbiegła do hotelu Suisse i dostała się windą na swoje piętro. Kazała podać rachunek i zapłaciła należność, zmieniwszy tysiąc franków, Rzeczy miała mało i wszystkie prawie w walizie. W kilkanaście minut była gotowa.
Stary tragarz zjechał z nią windą i poniósł walizkę na plecach. Szła za nim w deszczu, w szarugę lekce sobie ważąc wszystko, co się dzieje. Czuła jedno, że dobrze robi, uciekając od Szczerbica. Gdyby nawet nie chciała, musi.
Cóż pocznie ze sobą? Gdyby tu została, Szczerbie by ją zwyciężył. Zwyciężyłby napewno! Miły, słodki... biedny Szczerbie! Jeszcze przed sobą widziała, jego oczy dzikie, zbielałe, obłąkane. Jeszcze miotały się przed nią jego prześliczne, białe ręce. Tak, teraz błąka się po swym pokoju, tłucze się z kąta w kąt, łamiąc te piękne, białe ręce. Musiałaby uledz jego waryackim prośbom, gdyby tylko została w tej przeklętej Nicei. — Jakże można było nie wiedzieć, co to się dzieje, do czego to zmierza! Dawał pieniądze, a ona brała, podła waryatka!
Któż to daje pieniądze za darmo, któż za nic bierze pieniądze? Straszliwe słowo znowu przemknęło przez mózg w drganiach bólu. Ludzie, podli ludzie! Ukuli na siebie kajdany i sami się w nie zakuwają. Można przejść przez najwstrętniejsze bagno i zostać czystą, jak gronostaj, ale nie można wyjść czystą z pomiędzy ludzkich sądów. — Ukamienują, »koniecznie ukamienują...« O, jak bezmierną łaskę wyświadczył jej Jaśniach! Wyrwał ją z toni, wydźwignął z przepaści, wykupił z objęć Szczerbica! I cóż to za przedziwne