Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/367

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pan jest jakieś niezmierzone czupiradło.
— Bagatela!
— To też wie pan co: rozstańmy się na dworcu w Nicei. Dobrze.
— Już odchodzi statek na Korsykę o godzinie piątej. Tak się dobrze składa. Jechałoby się, jak przez Kocytus pod przewodem cudnego widzenia. Niech pani przyjedzie do nicejskiego portu. Pojedziemy do miasta Ajaccio. Ja swoim dworem, pani swoim. Mamy wspólne pieniądze.
— Mówiłam, że to pańskie pieniądze.
— Wszystko pani wytłómaczę. Owszem, jeśli je pani przeznaczy, to je wezmę.
— Jakto — »przeznaczę«?
Potem. Wytłómaczę na Korsyce.
— Ale pan już się mną rozporządza, jakbym była pańską żoną.
— Albo »kochanką«? Nie, pani. Ja się w pani nie będę kochał, nawet się nie będę umizgał. Może, (a nawet z pewnością!) napiszę jaki misterny sonet na wieczną cześć włosów pani, ust, oczu, ale stąd do miłości olbrzymi kawał drogi. — Będzie to może ładne jak u Owidyusza, albo Petrarki, ale zimne...
— Jak to pan wszystko wie, jak będzie i co będzie.
— Bo ja wszystko wiem. Zresztą pani mi darował życie. Kto pani jest? Skąd pani przyszła do tej tawerny? Tego nie wiem.
— Przyszłam na nogach, — z morza. Wie pan? Napewno z morza. A otóż i Nicea.
— Zaraz poznałem, że w pani jest zawarty pło-