Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


liści zapadła się duchem w siebie samą, w głębokie, podziemne chodniki jestestwa. Stowarzyszył się z nią śmiech, nieodstępny obserwator, i okazywał to tam, to sam z błyskawicowem jasnowidzeniem nędzę jej bytu. Aż oto wskazał nareszcie to, co było najtajniejsze w niej samej. Szepnęła samej sobie:
— Dziecko!
Poczęła śmiałemi myślami wdzierać się w norę tego zagadnienia. Rzucała się w siebie samą z bohaterstwem. Zimny pot zrosił jej czoło, drżały nogi z rozdętemi żyłami, biło serce... Cóż uczynić, jeśli ją Łukasz zdradził? Rzucił? dokąd pójść? Jak przestać żyć, jeśli będzie żyło to dziecko? Pomyślała ze śmiechem, że, chcąc żyć, trzeba powrócić do Warszawy — z tem dzieckiem. Z odcieniem szczególnej satysfakcyi, wśród dzikich zapędów gniewu uprzytomniła sobie siostrę Anielę, Horsta, Barnawską, — a nadewszystko swój głupkowaty zachwyt dla Łukasza, swoją dla niego cześć. Rozmowy o tem z matką... »Choćby bił, choćby kopał nogami...«
Spojrzała w pole osierociałe. Odmieniła się niepogoda. Deszcz ucichł. Miękkie chmury rozpadły się i potworzyły ze siebie szeregi kształtów, idących stronami. Słaby, czysty, jesienny blask oświetlał miękkie podorywki — i owe białe, dalekie chmury. Te same to były pola, które niejednokrotnie widział Łukasz. Tu mieszkał, tu był... Był!
Nie jest legendą, snem, rojeniem dziewiczem, ten człowiek, którego imię leży na piersiach, jak ogromna szkarłupa ciosowego kamienia na grobie. Jakież to było fenomenalne, jak niezbędne, że on był w istocie, był na