Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


uboczu... Dzisiaj już tego, co było... dawniej — gdzie! Inna rzecz z tobą... ma foi... inna. Powiem ci pod słowem honoru, że niema lepszej rzeczy, jak czystość serca i to, wiesz, mocne postanowienie. Tak i tak — no i basta. Jak się było w Liceum świętej Anny... miły Boże.
Oczy starego pana rozweseliły się, zaszły mgłą. Schylił się ku córce i, nie patrząc na nią, szeptał do ucha:
— Bądź, dziecko, zawsze niewinna, czysta, wiesz ma foi... Tak, jak dzisiaj... Ty za mnie i za siebie, za mamę, za nas wszystkich bądź czysta. Pan Bóg... Jak się ty za mnie pomodlisz, to napewno, napewno... i posada... i to wszystko, to wszystko...
— Ale żeby tatko przestał chodzić... »ma foi«... do tej knajpy, toby tatko był jeszcze bardziej kochańszy... — wzdychała przed nim.
— Co — co?
— Żeby tatko przestał zadawać się z tym Horstem, ulegać mu, nie dać wyciągać się z domu po obiedzie. Prędzejby się i posada trafiła, bo Pan Bóg wszechmogący...
— E — pleciesz koszały opały! — mruknął z wyraźną niechęcią. — Co ma wspólnego chodzenie do cukierni — z posadą! Gdzie Rzym, gdzie Krym! A jeszcze Horst! Cóż mi Horst? Także... Ja, zrozum to, ja muszę bywać między ludźmi!
— I co może być za przyjemność... — szeptała zapamiętale, nie słuchając tego, co mówił... — Brudno tam, obmierzle, zakopcone. Umyślnie przecie chodziłam.
— A ty poco?