Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ideą, myślą zgubioną w chaosie? Cała zagadka i cała tajemnica istnienia polegała teraz na jednej jedynej zasadzie, na jego krótkiem imieniu.
Zegar szafkowy w rogu sieni wymierzył i wydzwonił niejeden kwadrans. Nareszcie szwajcar zjawił się w ciemnościach korytarza, wyszukał oczyma Ewę i wezwał gestem. Szła za nim po pasie linoleum, wśród zapachu karbolowego, cichymi krokami aż do jakichś drzwi. Sądziła, że to już drzwi Łukasza... Powstrzymała oddech i bicie serca. Szwajcar oznajmił, że to gabinet pana chirurga. Weszła. Wysoki przed nią, gruby, łysy brodacz, z wyłupiastemi, blademi oczyma, jak skorupy jaj kurzych, — prowincyonalny geniusz od urzynania gnatów, — srogi, straszny, gromowładny, wszystek czerwony od przelanej a niewinnej krwi pacyentów, groźny, jak belzebub, safanduła.
— Jestem Ewa Pobratyńska... — wymówiła z nizkim, panieńskim dygiem. — Pan doktor był tyle łaskaw, że zawiadomił mię listem...
— Tak. Więc to pani... No, tak, zawiadomiłem panią, bo ten waryat kwiczał mi bez przerwy...
— Jakże też on? Panie doktorze... Czy ma się lepiej?
— Ma się! — wybuchnął doktór Wilgosiński. — Źle! Moja pani niema co ukrywać... Płuca durch przeszyte. Co tylko mogła nauka, — dodał uroczyście, wywracając oczy, — wszystko zrobione. Reszta w mocy Wszechmocnego.
— Czy mogłabym go widzieć? — wyszeptała błagalnie.
— Ani o tem mowy! Żadnych! Ani mowy!