Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niony polach... Przypadło teraz serce, jako zajączek przypada w kotlinie pod przykopą.
Wicher nad nim żałosny, a w wichrze głosy straszliwe pościgu. Lecz teraz jego krótka minuta półsnu, spoczynek z otwartemi oczyma. Słychać wszystkie głosy nieszczęścia, lecz piersi nabierają tchu do życia, do chyżego biegu w bezgraniczu pól. Subtelny niepokój nie leci światami, lecz w sobie leży. Siła jego dźwiga ciężką płytę zwierzęcego bytu...
Ewa pamięta wszystko, co było i niemal widzi, co będzie. Doszła do stanu nieświadomości. Oczy z pod powiek przymkniętych ukośnie raz rzucone, leżą w szybie okna wagonu.
— Straciłam miejsce w biurze... — poziewając, bezdźwięcznie mówią usta. — Rzuciłam dom. Na zawsze, och, na zawsze... Już mię mama nie przyjmie. Tatko-by może przyjął, gdyby się nie bał mamy i Anieli... Biedny tatko... Łukasz chory... Ma płuco przebite kulą... Któż to mógł zrobić, mój mocny Boże!...
Jeżeli Łukasz umrze... — marzyła bez bólu, — trzeba będzie... o mocny, o mocny Boże!...
Wspinała się na palce i dźwigała duchem. Przez wązką szczelinkę między ściśle zwartemi zasłonami rzeczywistości widziała ową chwilę odległą, chwilę swoją i jego w jakowymś brzasku dalekiego świtania. Widziała siebie, jako cień, idący pod zorzą w czarne pola. Tak niegdyś we śnie...
Późno w nocy ludzie się w wagonie pospali. Chrapanie, smród, kaszel jesienny. Konduktorowie trzaskają raz wraz drzwiami. Jakieś ciemne stacye za spotniałą szybą. Chropawe budynki, szkielety drzew