Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cichy ogień. Jego wężowe języki pełzają wokoło czaszki, wskakują we włosy. Wicher radości buchnie w ów ogień. Adres redakcyi...
Złożyła ostrożnie pismo i bez szelestu wyszła. Szum w głowie... Na ulicy powzięła decyzyę, żeby iść niezwłocznie. Kiedyindziej, ulegając wrodzonemu uczuciu nieśmiałości, byłaby kwadransami wahała się i trwożyła. Teraz wbiegła na schody i nacisnęła dzwonek, jak do własnego mieszkania. Otworzył drzwi stary służący, z którego oczu, policzków, czerepa, życie już wszystko wyjadło. Martwe oczy — szczera ziemia... Obudził w Ewie wstręt — przeczucie, jak widok glisty, czy rozdeptanego ślimaka.
— Czy pan redaktor jest w domu?
— Niedziela. Pan redaktor nie przyjmuje.
— Proszę podać mój bilet.
Rozdeptane oczy patrzą na ów bilet, później w twarz osoby z takiem zainteresowaniem, jakby patrzyły w otwarty i wystygły piec.
Dwie duże srebrne monety.
Poszedł.
Niema go, niema, niema!
Ewa marzy. Kombinuje, kłamie, obmyśla niestworzone historye, składa na poczekaniu ambaje, chwyta z przestworza duby smalone i odrzuca jako nieodpowiednie. Jeżeli jej ten dureń nie przyjmie? Co wtedy robić? Jak wtedy postąpić?
— Pan redaktor prosi.
Gabinet redakcyjny. Stosy piśmideł wszelkiego rodzaju. Wycinki, notesy, czerwony ołówek. Kurz. Nuda. Kołatanie ściennego zegara...