Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nasienne rezedy, rosły baobaby ufności, cudne wielkokrzewy, zbudowane cudownie i niemniej ściśle, niż systemat Schellinga. Ale kiedy indziej w tę metafizykę odtrącenia wpadały efemerydy potwornych impulsów, ciosy tajemniczych poduszczeń do aktów niesłychanej zemsty... Jedno częstokroć wspomnienie gestu, powiewu, jęku, — nicdostrzeżone czasu dni szczęśliwych, — zasiane teraz ręką szatana w ciemności, uderzało w piersi, jak nóż, przez tygodnie...
Ewa stała się niewymownie piękna. Gdy pośpiesznie szła ulicą, zatopiona w sobie, wyniosła, ze wzrokiem jakby wywróconym na nice i zatopionym w światach duszy — nie było mężczyzny, któryby jej nie ścigał wzrokiem i westchnieniem. Były to oczy ptaka konającego, przyćmione przez powieki, jak przez całuny. Stała się blada, zimna, wysmukła, przedziwnie mściwa, jak Diana. Jeżeli na kogo wzrok jej padł, to przeszywał zapalczywym ogniem ducha — na śmierć, niby strzała srebrnego łuku siostry Apollina. Zimne błyskanie nieprzebłaganych oczu i wzgardliwy uśmiech, — to najczęściej miała dla ludzi.
Wędrówki z domu do biura i z biura do domu były dla Ewy najprzykrzejsze. Wówczas rozwijała się najuciążliwsza praca wspomnień, obliczeń, zrównań bieżącego dnia i dni dawnych, nędznych małostek i nieskończoności, niewiadomych godzin marzenia i wiadomych, świeżo poznanych wielkości bieżącej godziny, — wszystka niezgłębiona, nie mająca początku ni końca matematyka osamotnienia dnia. Były pewne przysłowia, które Ewa powtarzała często, jako doskonałą dewizę swego życia, jako słowo wszechobejmujące. Co rana,