Strona:PL Stefan Żeromski - Duma o hetmanie.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Spojrzał po hufcu i nie dostrzegł nikogo z tych, co odeń odebrali przysięgę, że z obozu nie ujdzie.
Gorzkim się śmiechem zachłysnął.
Z nocy na idących runęła wielka wojsk fala.
Zawyją w szaleństwie radości tatarzy.
Ujrzy hetman przed sobą, daleko, w blasku kagańców, — w łykach syna jedynego, jak go na uździenicy konie wleką po ziemi.
Więc pocznie się z zastępy wrogów siec sam, — na śmierć, — za imię polskie.
Ciosy w boju padają na głowę, na piersi i na ręce.
Jeden i drugi napastnik od jego szabli na placu pozostał.
Odrąbał dziki z Azjej barbarzyńca w ramieniu rękę z szablą wrośniętą w dłoń.
Odsiekł ją, jakoby gałęź od pnia.
Padło walczące ramię, co sławy polskiej nie puściło z dłoni.
A ściął inny wysoką głowę.
Zleciała, jako dla wilków przynęta, żeby się nad nią zabawili, załoga bezpieczeństwa Rzeczypospolitej z granic jej wyniesiona, — iżby dalej spać mógł naród, — ostatni dar dla ojczyzny, i harde skwitowanie panom Potockim ze zniewag odbioru.
Porwał ją trzeci żołdak, wbił na spisę ku wiecznemu postrachu i czci polskich pokoleń.
Krew poplątanemi strugami drzewce wysokie oplotła.
Zasnęły oczy zniechęcone.