Strona:PL Stefan Żeromski - Duma o hetmanie.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



Poznał hetman w krótkiem ocknieniu, że ustami ziemię całuje, a dłonią próżnię objął. Westchnienie uciśnionemu sercu ulgę przyniosło, a nowy, głuchy sen w dal niesie samowiedzę.
Kędyś daleko...
Namiot bogaty w polu, pod Moskwą na górze.
Wokół jałowiec dziki rośnie. Wśród niego droga błotnista się wije. Widać w oddali miasto opasane wzrębem z drzewa, daleką i szeroką ogrodą. Wznoszą się na wierzchu parkanów ostre wieże i uzbrojone palanki. Nad Nieglinną rzeką połyska białemi ściany z kopanego kamienia Cargorod i jeży się groźnemi wieżami.
Nad Moskwą rzeką sterczy dziki Krymgorod, — główny zamek. W pośrodku miasta, osobnym obwiedziony murem, — Kitajgorod. Lśnią na słońcu kopuły świątyń murowanych, złocistą krytych blachą. Widać ciemne, o wysokich świetlicach dwory magnackie. Jak przyłbica zawarta, czernieją tam Frołowskie wrota, wiodące na «Łobnoje miesto», wzgórze czerwone od krwi.
Sto dzwonów w Moskwie bije.
Spełnił już hetman wszystko swe. Po rozkaz wraca do króla pod Smoleńsk. A gdy przez miasto