Strona:PL Stanisław Wyspiański-Klątwa.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KSIĄDZ.

Oddech zapiera jakaś tęga,
co się mi jęła tchu,
... kto jest ten winny! — ?

PUSTELNIK.

Kto?! — ty sam!!
..............
— Trza by pod Nieba błękit parny
dym wzbił się w słup ofiarny,
— by żywioł Ognia z Ziemi lęgły,
z niebieskim żarem stał się sprzęgły,
— ażby strop Słońcem przepalony
kir dymnych chmur przesłonił czarny.
— Sprządz
czarnorogich wołów czworo,
tymi, dwie sągi ciężkich kłód,
trza na dalekie wywieść pole
ugorne, puste,
skądby nie widać wsiowych chat.

KSIĄDZ.

Zamilcz przeklęty! —

PUSTELNIK.

Tyś przeklęty!
co klątwy piętno masz na czole!

KSIĄDZ.

Jakie?! — ?

PUSTELNIK.

Lęk.

KSIĄDZ.

Zamilcz, — grozo! —
Modły Bożego wskrzeszą ducha.