Strona:PL Stanisław Wyspiański-Klątwa.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MŁODA.

Kto dzwoni, — tyle brzęku!
co to? —

DZIEWKA.

Takaście już zlękniona?
wy się straszycie dzwona,
może złym snem? —
wiecie — co? mówcie!

MŁODA.

Wiem — co wiem!
(Dziewka pozbierała tymczasem porzucane na ziemi motyki i niesie je do sieni, gdzie znika z drugiej strony domu; młoda stoi czas jakiś zasępiona, — odchodzi powoli ku plebanii, do sieni i znika w komorze). —
(Z boku, z prawej, od gościńca, z po za dworku, idzie parobek ku plebanii; tejże chwili z wrót plebanii występuje ksiądz w rewerendzie czarnej, w berecie, z książką, zmierzając ku kościołowi; parobek zastępuje mu drogę, ksiądz na jego głos zwraca się ostro).

PAROBEK.

Idę się pytać
jak to naskładać tego drzewa,
co to kupione. —

KSIĄDZ.

Pomówiewa
teraz co insze, — słuchajno ty,
jak mi tu będziesz w noc się włóczył