Strona:PL Stanisław Przybyszewski-Dla szczęścia.djvu/058

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    OLGA (drwiąco). A ty byłeś na tyle głupi, żeby chwytać za całą rękę... Ha, ha, ha! Jakiś ty nieokrzesany!
    ZDŻARSKI (nie zważając na jej drwiny). Odszedłem raz, rzuciłem ci obelgę w twarz — przysłałaś do mnie na drugi dzień. Unikałem cię, a ty zawsześ mnie wyszukała i wlokłaś za sobą i psułaś i niszczyłaś jeden kawałek mej duszy po drugim.
    OLGA (osłupiona). I ten nędzny człowiek w ten sposób pojmował moją litość i moje współczucie! (z drwiącą pogardą). Ha, ha, ha! to rzeczywiście wspaniałe!... Dlaczegóż nie zadeklamujesz strasznej a płaczliwej ballady o twej narzeczonej, którą dla mnie porzuciłeś? Miałeś przecie też taką Helenkę!
    ZDŻARSKI (porywa się drżący). Milcz!
    OLGA (śmieje się coraz głośniej). Co za pyszny widok... Zdżarski w pasyi! Jak on się umie unieść! Ha, ha, ha! Powiadałeś mi raz, żeś najlepszemu przyjacielowi skradł pieniądze, by módz za mną pogonić! Zapomniałeś o tem?
    ZDŻARSKI (podchodzi ku niej).
    OLGA (staje przed nim). No, panie Zdżarski, czego sobie pan jeszcze życzy?
    ZDŻARSKI (opanowuje się nagle — z drwinami). Podziwiam panią! Pani ma rzeczywiście odwagę!
    OLGA (z głęboką wzgardą). Słuchaj pan! Pan chcesz się mścić! Well! Ale może ten interes — bo dla pana wszystko interesem — może interes ten polubownie