Strona:PL Stanisław Przybyszewski-Dla szczęścia.djvu/034

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    ZDŻARSKI. A płomień świecy rzuca jakieś straszne cienie — cały pokój drży, błyska niespokojnie... Cienie zamieniają się w upiory, schodzą ze ścian, wyciągają ręce, zbliżają się...
    HELENA. Przestań pan, przestań...
    ZDŻARSKI (opada, obciera sobie ręką czoło, po chwili). Teraz Stefan widma odgania i rozprasza upiory, ale jak pani sama zostanie z tą wściekłą rozpaczą w sercu...
    HELENA (nieprzytomna). Ten los mnie czeka, ten los...
    ZDŻARSKI. Tak! ten los panią czeka.
    HELENA (w strasznym niepokoju). To się nie dobrze skończy... nie dobrze... nie dobrze...
    ZDŻARSKI (zimno i stanowczo). Tak, to nie dobrze się skończy. Pani zmarnieje, a Mlickiego gorszy los jeszcze czeka. — Dzień i noc będzie się truł i gryzł i myślał o swoich szczęśliwych poprzednikach. Dla nich była ta pani kochanką, dla niego żoną! Ha! ha! żona Mlickiego była metresą innych! Ta myśl się wpije w jego krew, zatruje mu każde uczucie, zaprzepaści duszę! — Jego gorszy los czeka, niż panią!... Pani będzie żyła; tak łatwo sobie człowiek życia nie odbiera... Będzie się pani musiała postarać o jakieś zatrudnienie (urywa nagle). Tak! będzie się pani musiała obejrzeć za zarobkiem. — O, o to trudna rzecz... Pani zepsute dziecko bogatych rodziców, wychowana w zbytku i pieszczotach — pani będzie wędrować od