Strona:PL Stanisław Przybyszewski-Dla szczęścia.djvu/016

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    a jeśli to szczęście nie spełni twych oczekiwań, jeśli wszystkie te ofiary pójdą na marne?...
    MLICKI. To wszystko możliwe.
    ZDŻARSKI. Mam na myśli całkiem specyalny wypadek.
    MLICKI (śmieje się ironicznie). Wiem, wiem... wreszcie dosiadłeś swego konika. Nieprawdaż? Stare teorye o czystości, o instynktach samczych...
    ZDŻARSKI. Możeby było lepiej, gdybyś trochę poważniej zajrzał w twoje serce.
    MLICKI. Dla mnie Olga pozostanie czystą i dziewiczą, choć — choć już należała do innego.
    ZDŻARSKI. Jakie to jasne w teoryi! — (śmieje się). Jasne jak słońce! Bo cóż ona temu winna, że cię ktoś uprzedził, że oddała serce swe, zanim mogła przeczuwać, iż jakiś Mlicki istnieje? Cóż do djabła ona temu winna, że ten ktoś żądał pochwytnej rękojmi jej miłości — to znaczy he, he, wiesz już czego się żąda od dziewicy. Cóż wreszcie winna, że się oddała? oddać się musiała — bo przecież miłość silniejsza od rozsądku. Podobno to nawet jest siłą charakteru, odwagą, szlachetną dumą, jeźli kobieta nie czeka, aż otrzyma państwowe zezwolenie na — na ową he, he, rękojmię miłości. No proszę cię, czyż można coś piękniej uzasadnić, można coś głębiej zrozumieć, jak właśnie to? Więc nie zważam na nic: żenię się. Naraz odzywa się samiec. Prosty ordynaryjny samiec,