Strona:PL Stanisław Przybyszewski-Androgyne.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

kłęby; rzucał je na iglaste głazy, co ostrym grzebieniem z łożyska sterczały; staczał je w głębokie szczeliny raf, co się w dzikich linijach w granitowy brzeg wcinały; gotował się, pienił, wył i pędził, huczał w piekielnym niepokoju w spienionych wirach i rozhukanych tryśćcach.
Patrzał długo z namiętną jakąś cześcią na ten święty strumień, co cały łańcuch gór porozrywał, całe zasieki kamienia przerznął, wykopał sobie ganki i pieczary w głazach z granitu.
W blasku księżyca wyglądał jak strumień z stopionych promieni księżycowych, a tam, gdzie w niezliczonych wodospadach zlewał się w podziemne kanały w granicie wyżłobione, zdawał się ciskać kaskady zamrożonych stalaktytów światła księżycowego.
Z namiętną rozkoszą słuchał strasznego wycia obłąkanych zatorów, bo takim szałem rozpasała się jego rozpaczna tęsknota; i patrzał na upiorny, ponury blask kataraktów, bo tym blaskiem śniedzi i pleśni przeświecały jego spragnione, gorączkowe sny.
Zatamował oddech, wyprężył się w górę, rozwarł swoje ramiona i chciwie ssał oczyma upiorny cud.
I znowu wezbrało się jego serce nieznaną potęgą jak kiedyś w dawnej ojczyźnie: dziki krzyk rwał mu się z serca, by słońce, które niósł w piersiach, pokazać całemu światu, ale zwolna począł opadać ze sił, zdjęła go jakaś miękka a rozkoszna niemoc, osunął się na ziemię:
Stało się coś niepojętego...