Strona:PL Stanisław Przybyszewski-Androgyne.djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Zniknęły mary i szatańskie zmory; czuł tylko, jak dłoń jej głaskała czoło jego, jak raz po raz zamykała mu cichemi usty otwierające się oczy, a jedwab jej włosów spływał pieszczącą falą po jego piersiach.
Czuł jej rękę w swej dłoni, czuł dwie gwiazdy jej oczu, rozlewające się świętą łaską w jego sercu...
To ta — tak, to ta cicha, ta smutna, ta jasna, która go teraz owiała — to ta, co mu dała kwiaty...