Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Teatr.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na pięknem zgrupowaniu figur w danej chwili? Czy naprawdę o Pięknie całej Sztuki, t. j., o jej złożonej konstrukcji w całości, składającej się ze zmiennych w Czasie wyżej wspomnianych elementów, mówić nie można? Czy nie można bezpośrednio tej konstrukcji odczuwać, tak jak np. odczuwa konstrukcyjne Piękno utworów muzycznych, ich Czystą Formę? Stanowczo twierdzę, że tak, a przeczy mi równie stanowczo Emil Breiter i prawie wszyscy krytycy nasi.
Stanowiska tego będę bronił do upadłego, prosząc tylko wrogów moich o dobrą wolę i rzeczową dyskusję. Czyż to, co stanowi konstrukcyjność sztuki, stającej się na scenie jest tylko logiką uczuć, działań i wypowiedzeń z punktu widzenia życia? Twierdzę, że nie, ale na to właśnie niema dowodu absolutnie przekonywującego. Czyżby teatr był zasadniczo różnym od innych sztuk? Czyżby zużytkowano w nim tylko inne sztuki, jako środki dla realnego przedstawienia rzeczywistego, lub fantastycznego świata, albo dla symbolicznego przedstawienia jakichś idei? Przekonać o tem djalektycznie nie można. Nie można ślepego przekonać o istnieniu kolorów, nie można mu djalektycznie udowodnić ich możliwości. Takimi ślepcami zdają mi się być wszyscy dzisiejsi członkowie »teatrału« z małymi wyjątkami. Jednak w każdym człowieku, nawet najbardziej zabitym przez realizm, (nawet w tak beznadziejnie zabitym jak Emil Breiter, który w moich sztukach nie widzi nic, prócz realizmu) drzemie gdzieś na samem dnie duszy jakaś iskierka poczucia Piękna. Można ich odrodzić w ten sposób, w jaki udało mi się pobudzić do odczuwania formalnego Piękna w malarstwie wielu pozornie nieczułych osobników i otworzyć im nowe horyzonty artystycznych przeżyć. Gdyby nie głęboka wiara, poparta obecnie dwoma »eksperymentami«, czyż traciłbym czas