Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czekaniu. Czuję się bardzo źle sama ze sobą. Nie mogę wyzbyć się uczucia zupełnej samotności i pustki, mimo przyjaciółek i przyjaciół.
— A nawet kochanków — obojętnie zauważył Ojciec Hieronim, pociągając zlekka nosem.
— Tylko dziś — właśnie po raz pierwszy oddałam się z całą świadomością pewnemu młodemu człowiekowi, ale z tem zastrzeżeniem, że ślub nasz odbędzie się w najbliższych dniach. Jest katolikiem i... —
— I w tym celu....?
— Nie, nie tylko w tym, jakkolwiek to wchodzi też w system działających sił.
— W ognisku tych potęg nie widzę prawdziwego natchnienia, mającego źródło swoje w wiecznej prawdzie — ironicznie zauważył ksiądz.
— Ojcze, ja nie zniosę dłużej tego tonu i języka, którego ojciec używa, zarówno w stosunku do krnąbrnych kucharek, jak i do mnie. Jestem sama w znaczeniu metafizycznem... odczuwam wszystko jako majak. Ja przecież czytałam wiele — ze mną nie można tak.
— Właśnie dlatego, że jesteś zbyt oczytana w filozofji chciałem cię zażyć od strony zupełnej prostoty. Ale skoro nie, to nie. Wytoczę argumenty cięższe.
— Przedewszystkiem jak pozbyć się tego gniotącego uczucia samotności? Ja chcę żyć, a wszystko mi się z rąk wymyka i wszystko „jest nie to“. Chyba mam warunki, aby stworzyć sobie życie takie, jakiegobym pragnęła? A tu nic: życie płynie obok jakby, a ja wołam was wszystkich niemym głosem, którego nikt nie słyszy i mimo, że jesteście ze mną, uciekacie ciągle w dal przeszłości. Każda rzeczywistość ma dla mnie żałosny smak niepowrotnego wspomnienia nigdy nie byłego wypadku. Ja chcę wierzyć, bo to jedynie nada sens ostateczny wszystkiemu, mimo, że gdzieś na dnie duszy, a raczej intelektu, będę uważała to za rezygnację, za świadomy upadek.