Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/434

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Czemeryńskiej z domu. Ciekawy był tylko Atanazy co dalej pocznie Prepudrech (pod wpływem rozważania jego powodzenia Azio stał się dla niego jakimś tajemniczym mitem) i to najważniejsze: czy się pogodzą z Helą czy nie? Ale o tem, jak i o wielu innych rzeczach nie miał się Atanazy dowiedzieć nigdy. Żałował czasem spalonego przez Tempego „dziełka“, ale nie bardzo.
Postanowił użyć ostatniej chwili życia normalnie i śmierć odłożył do jutra. Poszedł najpierw w górę doliny do stawów. Tam wpatrzony w granatową, a szmaragdową przy brzegach głąb wód, na których powierzchni powiew wiatru rysował matowe, szaro-błękitno-fijoletowe i złociste smugi, przeleżał kilka godzin. Cisza była zupełna. Nawet bełkot siklawy tuż za progiem skalnym, zdawał się tylko zwiększać tę ciszę, a nie przerywać. Kiedy wiśniowo-fijoletowy cień krzesanic Jaworowego Szczytu przesunął się z zielonych wód stawu na brzeg, rozwianym konturem pełznąc między pożółkłe trawy i porosłe cytrynowo-żółtym porostem wanty, Atanazy zabrał się znów w dolinę. Odwieczny las olbrzymich świerków szumiał cicho, a z ciemno-zielonych gałęzi zwisały długie brody mchów — gdzieniegdzie czerwieniała jarzębina. W górze, ceglasto-krwawym blaskiem paliły się ściany szczytów od zachodzącego gdzieś w dolinach słońca. W górach zawsze miał Atanazy wrażenie, że słońce nie zachodzi tu, tylko gdzieś nieskończenie dalej — tak samo wschodzi gdzieś, a potem odrazu rzuca się z nieba w doliny — prosta i nader banalna koncepcja. Z żalem patrzył na szczyty, po których chodził we wczesnej młodości. „Terazbym tam nie wylazł — jestem zupełny flak“ — pomyślał z pewną litości nad samym sobą.
Ale nagle dziwna pustka ogarnęła Atanazego: w tej chwili nie chciał ani życia, ani śmierci — chciał poprostu trwać — jedynie trwać, a nie żyć. Gdyby tak można patrząc na ten świat rozwiać się w nicość