Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/420

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i płakała cicho, a łzy jej kapały mu na lewą rękę gorącemi kroplami. Potem opowiedział jej wszystko. Patrzyła na niego rozszerzonemi, trochę odśrodkowo zezowatemi, błękitnemi oczami, a usta miała rozchylone w łzawym pół-uśmiechu. Tak się zmienił, tak strasznie, tak bezdennie podobał się jej w tej chwili… Chciała mu wynagrodzić wszystkie drobne przykrostki, które mu uczyniła i które były powodem ich rozstania. Ale wtedy przyszedł zaraz nowy kochanek, potem drugi, trzeci i tak dalej, aż wreszcie męża jej Beera „szlag trafił“ i Gina spadała coraz niżej. Z tej nędzy wywlókł ją Tempe. Ale była to miłość drapieżna, męcząca: „krótkie spięcie“ — jak to nazywała: miłość tyrana: przepracowanego, prędkiego jak piorun, jadowitego i ponurego. (Tempe stracił kompletnie dawną wesołość.) Straszne były jego pieszczoty i pozostawiały ją zimną — ją, tę dawną prawie nymfomankę. I teraz ten Tazio — tak niedawno jeszcze, a tak dawnem się to wszystko zdało… Oczywiście oddała mu się tam, w cieniu osiki raz, drugi i trzeci. Szalona była to przyjemność…
Objęci wzajemnie wracali w kieruku miasta — do tego piekła bezprzytomnej pracy, do której nagiął ten potwór Tempe rozleniwioną, różnorodną masę, zbijając ją powoli w jednolitą, precyzyjną maszynę, straszliwemi uderzeniami swojej niezłomnej woli. Ogromne liściaste drzewa cmentarne, płonące buro-karminowo i zielono-pomarańczowo w zachodzącem słońcu, szumiały groźnie, ostrzegawczo, od wieczornego powiewu, który szedł od łąk, przepojony jesiennym aromatem nagrzanej za dnia ziemi. Słońce zgasło za beznadziejnie płaską, znudzoną wszystkiem ziemią. Gina mówiła:
— Chcesz jechać, a pomyśl co będzie ze mną. Jesteś jedyną moją pociechą. Mam dopiero 26 lat, a wydaje mi się, że jestem staruszką. Pomyśl, Taziu. Zobaczymy co będzie. — (Wszystko upraszczało się jakoś