Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Heli, tembardziej, że oprócz nich zaproszeni zostali także i inni znajomi: Smorski, Łohoyski i Chwazdrygiel. Jędrek wahał się jeszcze i Atanazy postanowił pójść do niego i namówić go ostatecznie. Miał w tem też jeszcze inny cel dodatkowy. Mimo szalonego wstrętu do wspomnień tamtej nocy, jakiś cień współczucia dla dawnego przyjaciela wałęsał się po zakamarkach jego spłowiałej, wyliniałej i pokrytej drobnemi rankami duszy. Żal mu było tego wesołego i głupiego czasem po psiemu, rasowego dryblasa. Czemu tak wstrętnie kończyć tę przyjaźń — obowiązkiem jego było nawet wpłynąć na niego dobrze. Ale kiedy usłyszał w telefonie ten głos, będący symbolem okropnych przeżyć w pałacu Łohoyskich, wstrząsnął nim dreszcz zabobonnej trwogi. Głos ten zdawał się wychodzić z tego piekła, z tego zaklętego, zjeżonego przeciw niemu, niewyobrażalnego w normalnym stanie miasta, przez które jechał wtedy z wstrętnym jak pluskwa fagasem. Pokonał jednak strach i obrzydzenie i udał się do pałacu Jędrusia. Przed samem wyjściem dowiedział się, że Zosia pożyczyła od Heli znaczną sumę. Nie było już na to żadnej rady i Atanazy wściekał się, czując w tem jakąś wędkę. Miał wrażenie, że popełnia coś nieuczciwego, pozwalając na to, nie widzącej i nie chcącej (jak mu się zdawało) nic widzieć, żonie. A przeciwdziałać temu nie było sposobu — w imię czego?]
Atanazy szedł przez oświetlone popołudniowem słońcem ulice. Było ciepło i woda lała się z dachów, a powietrze przepojone było nie dającym się zdefinjować zapachem wiosny. Często spotykał patrole sennych, zniechęconych żołnierzy. Publiczność była cicha i zalękniona: czuć było w powietrzu rzeź. „Że też im się chce zaczynać znowu taką robotę. Ale kto wie, cobym robił ja, gdyby chodziło tu o moje życie. Trzebaby mnie tylko postawić w odpowiednie warunki. Wszyscy mają rację — to jest najgorsze.“ Nie było po czyjej stronie sta-