Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


da mu możność zatarcia tamtej historji z Chwazdrygielem, która, mimo, że się skończyła honorowo, rzuca pewien cień z przeszłości. Przyszle, aby mnie zaimponować...
— Teraz ja powiem: dosyć — albo zacznę znów mówić o Prouście.
— Więc co właściwie? Jestem bardzo zdenerwowana. Popsuł mi pan moją decyzję. Czuję, że ukrywa pan przedemną coś ważnego. Przecież jesteśmy przyjaciółmi?
— Właśnie to jest najgorsze, że nie jesteśmy. Ale cały urok sytuacji polega tylko na tem.
— Proszę bez pozy, panie Atanazy: ja się na tem znam.
— To nie jest poza. Jestem zaręczony.
— Pan chyba oszalał — rzekła, po dłuższej pauzie, Hela. — I z jakich to powodów? — spytała po chwili, a w głosie jej zadrgał poprzednio maskowany żal.
— Kocham — odpowiedział twardo Atanazy, pochylając się nad jej niezwykle wąskiem, a jednak nie śpiczastem, kolanem, wystającem z pod zbyt krótkiej sukni. — Nienawidzę tego słowa, ale tak jest.
— Kocha, biedactwo! Kiedyż pan zdołał popełnić to szalone głupstwo?
— Dziesięć dni temu. Ale wisiało to nademną od pół roku.
— I nic mi o tem nie powiedzieć! Kto jest ona?
— Zosia Osłabędzka.
— To znaczy, że się pan przynajmniej trochę obłowi.
— Przysięgam pani...
— Wiem: bezinteresowność. Ale niech się pan strzeże: ma pan 28 lat i jest pan niczem, dość interesującem niczem: przekrojem pewnego typowego stanu pewnej warstwy społeczeństwa.