Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— O tak: to prawda. Zaczynasz mówić banalne nonsensy. Nie widzę, żeby kokaina dodawała ci wiele intelektualnie. Jestem pijany i czuję się daleko wyższym od ciebie. —
— Zobaczysz jeszcze, zobaczysz... —
— Jeśli raz jeszcze wspomnisz mi o tem, wrócę w tej chwili do domu — krzyknął sztucznie groźnie Atanazy, wiedząc już napewno, że się nie oprze.
— Do Zosi? Ha ha — nie wrócisz. Nawet gdybym cię teraz chciał oddalić, nie opuściłbyś mnie. Już przeszedłeś tę linijkę: już mnie prosiłeś o to przed chwilą. Ja wiem wszystko: bo cię kocham. — Atanazy poczuł niemiły dreszczyk. Coś oblepiło go nagle, jak ciepły kompres. „Ten demon naprawdę wie wszystko: demon III-ciej klasy. Hrabia. Jemu wszystko wolno“, pienił się i czuł, że zaczyna z coraz większą szybkością zjeżdżać w jakąś miękką, czarną, nie bardzo przyjemnie pachnącą, boczną otchłań — boczną, nie tę główną. Tam była tylko Hela i ten idjotyczny Prepudrech. „Skąd on się wziął na mojem miejscu?“ I przypomniał sobie znowu swój brak decyzji, chęć ratunku przed Helą i sztuczną obawę przed miłością do Zosi. To była właśnie ta cała miłość: „wielka miłość“ do żony. Bał się „tamtej“ i próbował zdradą co jest silniejsze. „A jednak potem kochałem ją tyle czasu! Nie — to były równe siły. Nigdy z tego nie wybrnę“, pomyślał z rozpaczą.
Właśnie dochodzili do ponurego, podziurawionego kulami renesansowego domu, tak zwanego „pałacu Łohoyskich“. Otworzył im młody lokaj, w którym Atanazy poznał dawnego służącego od Bertzów. Dziwnie poufale zdejmował z panów zaśnieżone futra. Łohoyski mówił mu coś na ucho. „Ach to tak — to jest pederastja, a ja mam być tylko tym homoseksualnym przyjacielem. Co za świństwo! Nigdy! Żal mi Jędrka — co innego mogło wyjść z tego gatunku człowieka“. Ale przypomniał sobie siebie i przestał: urwał te ciche, niewczesne admo-