Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sztuki, Chwazdrygiel — prawda w nauce, Wyprztyk — odrodzenie ludzkości przez religję, Jędrek — kokaina, Tempe — szczęście w powolnem zbydlęceniu — ha, ten może najmniej. Ten przeklęty Tempe zawsze miał jednak trochę racji. „Ale w imię czego moje życie ma być nieznośnem cierpieniem?“
Nadomiar złego Zosia oświadczyła po miesiącu, (nie bez pewnego zadowolenia, które zmroziło Atanazego aż do szpiku „metafizycznego pępka“), że jest w odmiennym stanie. Przestała nagle zajmować się pielęgniarstwem po szpitalach i miewać wykłady o hygjenie dla znudzonych i ogłupiałych żołnierzy — zwaliła się na Atanazego całym ciężarem swoich uczuć, które wahały się między cichem bezgranicznem przywiązaniem a szalonym, wyuzdanym w swym bezwstydzie erotyzmem. I jedno i drugie doprowadzało Atanazego chwilami wprost do rozpaczy. Urozmaicały ten przekładaniec warstwy nadzienia z krótkich epok nienormalnej jakiejś pogardy i wstrętu, już na granicy lekkiego bzika. Atanazy gubił się w domysłach napróżno: Zosia nie rozumiała już samej siebie. I jakby na złość wtedy właśnie wracały do niego okresy, udające dawną „wielką miłość“, a gdy Zosia była czuła i kochająca, dusił się ze wstrętu do niej, teściowej, willi i nie swoich pieniędzy. A o wzięciu jakiejś posady na nowo mowy nawet być nie mogło: lepiej śmierć odrazu. Ale co było najgorsze, to że mimo ataków wstrętu, Zosia kochała go takim, jakim był: upadłym, zakłamanym, słabym — bo nie mogła chyba nie wierzyć mu, gdy zwierzał się jej ze swoich wątpliwości ze zbyteczną otwartością człowieka, który już nic do stracenia nie ma. Ale co przechodziło już wszelkie wyobrażenie to to, że Zosia kochała go jako ojca swego przyszłego dziecka. „Szczyt perwersji“, mówił Atanazy do siebie, nic już nie rozumiejąc. Zatracił poczucie swego męskiego czysto uroku, który nawet w najgorszym upadku bądźcobądź zachował. A myśl