Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


strasznego ta osławiona kokaina — lekki antydot na alkohol. Zażył tyle właśnie, że dwa jady ścięły się wzajemnie, z lekką nadwyżką po stronie „coco“. Ale dziwność zaczęła się potęgować przez chwilę — potem stanęła i było tylko dobrze, bardzo dobrze. Cały poprzedni męczący nastrój rozwiał się jak puszek cykorji. Atanazy uciekł od łaszącego się doń Łohoyskiego. Wszystko przedstawiało się jakoś inaczej. Zaczął szukać Heli i niewiadomo kiedy znalazł się w jej pokoju.
A podczas tego (tak jak na filmie) Hela ułożywszy się na kanapce, zlekka podpita, myślała: „Jestem napewno bezpłodna, bo po takiej nocy jak wtedy z Aziem… Teraz — Salome woła Świętego Jana. On musi być bardzo włochaty. Jakie to jest? Tylko on. Niech już będzie jaki chce. Dziś, dziś właśnie“. Wicher, południowy, gorący — „ten sam“, co wtedy przed kościołem po ślubie — zawył w wentylatorze. Hela poczuła swobodę i pewność siebie, jaką mógłby mieć i ma pewno jaguar w dżungli. Natężyła wolę, aż do pęknięcia, aż do zerwania w „tamtym“ ganglionowych połączeń. Po chwili oczekiwania, która omal sama (tak) nie trzasła od wygięcia woli, stało się. Wszedł Atanazy krokiem złego zwierza. Robił wrażenie trzeźwego. Niesamowity ogień płonął w jego zielonych oczach, źrenice olbrzymie, jak u kota w ciemnościach, łysnęły czerwoną purpurą wewnętrznego oka, gdy mijał lampę wprost niej. „Ach — gdyby do tego on był prawdziwym księciem, albo sławnym artystą. Ale nie trzeba zbyt wiele wymagać — nie trzeba: brać co jest, brać, brać“. Te oczy były ponadświadome, złowrogie, palące, raczej parzące i złe — a jednak pragnęły cierpienia, fizycznego bólu, a skryta za nimi dusza torturowała ją swoją nieuchwytnością i ukrytą zdradą, kłamstwem. To był ten jedyny — „Książę Ciemności“. „Jeśli on cały jest taki, to ja chyba umrę z rozkoszy, ja tego nie prze-