Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rozdział IV.

ŚLUBY I PIERWSZE PRONUNCIAMENTO


Skończył się okres normalnych zdarzeń i wszystko, zataczając z początku szerokie koła, zmierzać zaczęło ku temu centrum dziwności, tej przepaści w odkrytem polu, którą o pół pokolenia wstecz, straszono przy kominku w długie zimowe wieczory, zbyt liberalnych mężów stanu dawnego porządku. Miała ona według niektórych pochłonąć całą indywidualistyczną kulturę, jak jakiś malstrem, łódź rybacką. Dla każdego przepaść ta przedstawiała się inaczej, głównie w zależności od tego czy dany osobnik przeżył rewolucję rosyjską, czy nie, i oczywiście w związku z klasą, do której należał. Chociaż, pierwszy z tych elementów zmieniał czasem drugi w dość szerokich zakresach. Na razie nie było to nic określonego, mimo historycznych przykładów dawnych i tuż obok. Każdy miał swoje niebezpieczeństwa zindywidualizowane, swoje przepastki prywatne. Ale chwilami zdawały się one zlewać, jak pojedyńcze pryszczyki jakiejś skórnej choroby, tworząc płaty, „plaques muqeuses“, na większych przestrzeniach. Oczywiście chodzi tu o tak zwane klasy wyższe, z pominięciem należących do nich, według sposobu życia, przywódców klas niższych. Poza porwanemi już miejscami opłotkami i nawpół rozwalonemi tamkami i innemi zastawkami, burzył się, bardzo dla niektórych śmierdzący tłum, jak bura, pienista, wiosenna woda — wszyscy twierdzili,