Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/108

From Wikiźródła
Jump to navigation Jump to search
Ta strona została uwierzytelniona.


„to jest, ale równie dobrze mogłoby tego nie być wcale, mogłoby nie być mnie, nie być nic.“ Tu otwierała się potrójna hierarchja metafizycznej potworności całej tej jedynej w swoim rodzaju sprawy istnienia — poza bezpośredniem bydlęcem przeżywaniem, które może być takiem nawet u mężów stanu, w ich najistotniejszych funkcjach i uczonych, w samej ich naukowej pracy. Sprytne bydlę w surducie ma jednak zamknięty wstęp do pewnych sfer myśli.
Tego, że jego samego mogło nie być, nie bardzo już rozumiał Atanazy. Kiedy naprawdę dla siebie umierał tam na „placu walki“, było to innego gatunku znikaniem z tego świata. Nie było w tem nic z metafizycznego uświadomienia co do okropności tego faktu. Nicość, niewyobrażalna nawet jako pusta przestrzeń, była zupełnym bezsensem. A jednak mimo logicznej konieczności przyjęcia czegoś wogóle, choćby jednego jakiegoś elementu (inaczej nie byłoby logiki) — o czem mówił kiedyś mętnie Chwazdrygiel — potworna dziura możliwości ogólnego, a nic tylko indywidualnego niebytu, dziura logiczna raczej, niż rzeczywista, bez żadnego obrazowego odpowiednika samego pojęcia, zionęła śmiertelnem przerażeniem. Atanazy nie dobrze rozumiał to: dla niego pierwotnem pojęciem, od którego poczynała się i Ontologja i Logika i Matematyka, było pojęcie wielości. Dawniej, przed wojną wydawało mu się to wszystko przesadą. Ale nawet po pierwszej bitwie nie miał tego w tym stopniu. Dziś, na tle pojedynkowego bezsensu, logiczna historyjka stawała się rzeczywistem przeżyciem w sferze uczuć: „Oto religijne stany naszych czasów, te same, które dawniej prowadziły do religijnych wojen, inkwizycji, palenia czarownic. Bo to, co dziś przeżywają takie typy, jak Wyprztyk i ich ofiary i pupile, to już nie stan bezpośredni, tylko przeżuta dawno papka bez krwi i smaku. A więc nie tylko zupełnie inni ludzie występują pod temi samemi ety-