Strona:PL Stanisław Brzozowski - Legenda Młodej Polski.djvu/449

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czy istotnie przemawiał niegdyś Bóg do duszy, czy stała ona nad nim jak na brzegu morza, sam na sam z jego nieskończonem życiem, czy istotnie falą była płynącą tam, gdzie górze i pała na widnokręgu przenajświętsze serce, czy istotnie przepływało tętno Boże poprzez pierś naszą, czy w samej rzeczy patrzyliśmy śmiertelnemi oczami w bezmiar życia? Stoimy teraz na powierzchni martwego świata, który jest nam obcy, jak zastygła na wieki skorupa. Nic nas z nim nie łączy, nie łączy nas nic z nikim i niczem: patrzymy w świat pustemi oczami Jorykowej czaszki, w martwej ciszy rozlega się puk-puk gwoździ wbijanych na Golgocie, dobiega wrzask przekupniów i hecarzy. Hamlet, Ofelia, miłość, wszystko to trwa, — trwa, gdyż jest w gruncie rzeczy tylko bezużyteczną, samotną walką wszystkiego przeciwko wszystkiemu, walką, gdzie niema zwycięzcy, ani zwyciężonego, jest tylko bezcelowe zagryzanie się wzajemne, lub jeśli kto woli, również bezcelowe gżenie się miłosne tworów jednego dnia.
Te momenty odpływu duszy są nieodłącznie związane z momentami przybierania duchowych fal. Kto serce swe uczyni organem nieskończoności, musi być przygotowany na te chwile, gdy leży ono jak zapomniany przez ocean żwirek na piaszczystem wybrzeżu. Są to dwie strony jednego i tego samego procesu. Aby módz tak z całym poza nami światem, z całem jego życiem, ze wszystkiem, co tworzy on z nami i w nas, obcować jak z wielkiem życiem, którego fale unoszą nas ku szczytom, nurzają w głębinie, trzeba świadomością i duszą wyjść poza interesowność naszego ja, trzeba samego siebie rozpławić w wielkiej, przez współczucie rozszerzonej duszy. Ja