Strona:PL Spyri Johanna - Heidi.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

— O, tak, zmieniłaś się, zmieniłaś bardzo, dziecko drogie! Czyż to możliwe?
Nie posiadając się ze szczęścia, odstąpił krok i patrzył długo, sądząc, że zjawisko zniknie, potem uczynił to raz jeszcze.
— Czyżeś to ty, Klarciu moja? — powtarzał raz po raz, potem tulił ją do siebie i przypatrywał się jej znowu.
Wkońcu podeszła babunia, chcąc spojrzeć w rozpromienione oblicze syna.
— Przyznaj, mój drogi, — rzekła, — że wzamian za twoją niespodziankę, miałeś lepszą jeszcze?
Powitali się serdecznie, potem zaś babunia dodała:
— Chodźże teraz do kochanego, drogiego Halnego Dziadka, dobroczyńcy naszego!
— O tak! Muszę jeszcze powitać kochaną Heidi, domowniczkę naszą! — zawołał, ściskając jej dłoń. — Zawsze rumiana, zdrowa i wesoła! Cieszy mnie to, droga Heidi, bardzo cieszy!
Heidi patrzyła także promiennie na pana Sesemanna. Był dla niej zawsze dobry, a szczęście, jakiego zaznał tu, na hali, wprawiło serce jej w żywsze bicie.
Babunia zaprowadziła teraz pana Sesemanna do dziadka. Mężczyźni jęli sobie ściskać dłonie, a szczęśliwy ojciec wyraził podziękę i podziw dla niepojętego cudu, babunia tymczasem oddaliła się, by im nie przeszkadzać.
Pod staremi jodłami, gdzie się udała, zastała znowu nową niespodziankę. Pośród konarów stał ogromny krzak, najcudniejszych, ciemnoszafirowych gencjan, a były tak świeże, jakby dopiero co rozkwitły. Babunia klasnęła w ręce z podziwu.
— Cóż za wspaniałe kwiaty! — zawołała. — Cud istny! Heidi, droga Heidi, chodź no tu! Czyś to ty sprawiła mi tę przyjemność?