Strona:PL Spyri Johanna - Heidi.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Babunia nie chciała zostawać sama jedna w osiedlu, postanowiła wracać do Ragaz i stamtąd dojeżdżać na halę.
Zanim nadszedł dziadek, zjawił się Pietrek z kozami. Zwierzęta spostrzegły zaraz Heidi i obiegły ją, tak, że znalazły się obie wśród trzody rozbrykanych i stłoczonych kóz. Korzystając z tego, przedstawiła przyjaciółce wszystkie po kolei, a Klara zapoznała się wkońcu z małą Śnieżką, wesołą Ziębulką, elegantkami dziadka, a nawet z wielkim Trykaczem. Pietrek stał z boku i rzucał rozpromienionej Klarze zabójcze spojrzenia.
Na pożegnanie rzuciły mu obie wesołe dobranoc, ale nie odpowiedział, tylko popędził na dół, machając batem, jakby chciał powietrze poszarpać w strzępy. Kozy pognały za nim.
Wszystkie te uciechy Klary otrzymały jeszcze piękne zakończenie.
Gdy położyła się na miękkiej pościeli obok Heidi, ujrzała wprost przez krągły otwór duży kawał nieba, usiany mrugającemi gwiazdami.
— Heidi! — zawołała radośnie. — Wydaje mi się, jakbym jechała w niebo na wielkim, otwartym wozie.
— To prawda! A czy wiesz, dlaczego gwiazdy mrugają tak wesoło?
— Nie wiem. Co masz na myśli?
— Dlatego, że wiedzą, będąc w niebie, iż Bóg urządził wszystko jak najlepiej dla ludzi, że nie mamy potrzeby bać się i troszczyć, ufając mu tylko w zupełności. Cieszy je to i mrugają, by nas zachęcić do wesela. Nie wolno nam tylko zaprzestać modlitwy, prosząc Boga, by o nas pamiętał, gdyż inaczej wszystko obróciłoby się na złe.
Usiadły obie, zmówiły pacierz, potem Heidi złożyła głowę na ramieniu i zasnęła natychmiast. Ale Klara nie spała długo jeszcze, gdyż taki nocleg pod światłem gwiazd był dla niej zupełną nowością, w życiu nie zaznaną.