Strona:PL Spyri Johanna - Heidi.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

strony i oboje odprowadzili buntowniczkę do trzody. Mając ją w swej mocy, podniósł Pietrek bat, chcąc ukarać przykładnie Ziębulkę, a ona cofnęła się trwożnie, przewidując co nastąpi. Ale Heidi krzyknęła:
— Nie bij jej, Pietrku! Widzisz przecież, jak się boi!
— Zasłużyła na karę! — odparł Pietrek, zamierzając się. Heidi chwyciła go za ramię, wołając:
— Nie bij! To boli! Puść ją!
Zdumiał się Pietrek na ten rozkazujący ton Heidi, przytem widząc jak jej oczy błyszczą, bezwiednie opuścił bat i powiedział łagodnie:
— Zgoda, ale dasz mi jutro kawałek sera.
Chciał mieć, oczywiście, jakieś odszkodowanie za strach.
— Dam ci jutro i każdego dnia cały ser i chleb! — przystała Heidi. — Nie chce mi się jeść. Ale zato nie wolno ci bić Ziębulki, ani Śnieżki, ani żadnej innej kozy.
— Wszystko mi jedno! — mruknął Pietrek, co znaczyło, że się zgadza. Puścił Ziębulkę, a kózka złączyła się, w podskokach, z towarzystwem.
Dzień minął niepostrzeżenie, a słońce zaczęło się chylić do zachodu. Heidi siedziała znowu na ziemi, patrząc w milczeniu na błękitne gencjany i żółte różyczki złotojeści. Kwiatki płonęły w słonecznej poświacie, a całą trawę wokoło złociły promienie zachodu. Heidi zauważyła, że skały zaczynają lśnić i błyszczeć. Skoczyła na równe nogi, wołając:
— Pietrku! Pietrku! Gore! Goreją góry, śnieg i niebo! Patrzże! Skały są do czerwoności rozpalone. Płonie śnieg. Płoną jodły. Wszystko wokoło gore!
— Codziennie tak jest! — zauważył spokojnie manipulując wokoło bata. — To zresztą nie jest ogień!
— A cóż to jest? — pytała Heidi, skacząc po łące i rozglądając się wokoło. — Cóż to jest, Pietrku?
— Tak sobie bywa samo z siebie... — odpowiedział.