Strona:PL Sielanki Józefa Bartłomieja i Szymona Zimorowiczów.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nawet niedonoszone winnica swe brzemię
Przed połogiem jesiennym rzuciła na ziemię
Widząc, że ją odeszła precz winniarka ona,
Która od niej z pilnością odbierała grona.
Ale nietylko grunty i kąciki moje,
Wszystek świat po jej głowie twatrz odmienił swoję,
Jaśniej przy niej wieczorem (mówię nie obłudnie)
Słońce mię oświecało, niż teraz w południe,
Większe światło dawała i nocna pochodnia
Na nowiu, niźli teraz w pełni świecąc do dnia;
Wiatry, które łagodnie szemrały więc lecie,
Teraz ciężko stękają po mej Filorecie.
Kędykolwiek ptaszęta słyszeć mi się dają,
Miasto wykwintnych pieśni głuchej śmierci łają.
Źródło, które z skrytego ponika wytryska,
Nie czyni przyjemnego mym oczom igrzyska,
Ani się po kamykach snując słodko brzęczy,
Lecz pomąciwszy czyste wody smutno jęczy.
Zgoła ziemia i niebo ze wszystkiem stworzeniem
Boleją nad jej śmiercią i mem utrapieniem;
Przetoż już mi świat obmierzł, radbym, żeby która
W głąb się rozpadłszy żywo pożarła mię góra.
Kiedy wichry szturmowe Derewaczem głuchym
I tam i sam rzucają jako listem suchym,
Namyślnie bawię się z nim czekając, azali
Dąb mię gwałtem z korzenia wyparty przywali.
Bym tylko biedy pozbył i tesknic, które mię
Trapią bez odpoczynku, szedłbym i pod ziemię;
Milsza mi śmierć niż żywot, cóż po mnie na świecie,
Kiedym po większej części umarł w Filorecie?
Ilekroć górnej cerkwi mijam jasne progi,
W której złożyłem serca mego pokład drogi,
Tyle razy sam niewiem, kędy się podzieję,
Oczy mrokiem zachodzą, duch we mnie truchleje,
A przyszedłszy do siebie, do znikomych cieni
I nierozumnych mowę obracam kamieni:
Grobie nielutościwy, zatwardziały, głuchy!
Gdybyś lamentom moim dał kamienne słuchy,
Jeźli nie nad jej ciałem, przynajmniej nademną
Miałbyś politowanie i płakałbyś zemną.
Lecz i ty na ciałem jej pastwisz się bezmiernie,
Rozsypując go w drobny proch nie miłosiernie,
A narzekania moje i skwierki codzienne
Odbijają się o twe podwoje kamienne,
Ani płaczu, który mię codzień znacznie suszy,
Niechcesz przepuścić do jej ukochanej duszy.
Przecie ja mało na to dbając ile razy
Łzami będę napawał ciosane twe głazy,
Chciej się wtenczas nad mojem nieszczęściem użalić,
A mnie upadem twoim do ziemie przywalić,