Strona:PL Sielanki Józefa Bartłomieja i Szymona Zimorowiczów.djvu/009

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I. Kobeżnicy.
Demian. Panas.

Prawie pod samę pełnią maja w końcu roli
Siedziałem rano wedle narożnej topoli
Brząkając na bandorze, aliści ptaszyna,
Sołowij po naszemu, zwadę ze mną wszczyna;
Ja hołubca przebieram palcami powoli,
A słowik też powtórzył na wierzchu topoli
I tak trefnie muzyce mojej się przeciwił,
Żem się z razu uśmiechnął, a potem się dziwił
Mówiąc: Patrz ptaka, chociaż ledwie może kwilić,
Przecię nadprzyrodzoną władzą śmie się silić
Właśnie, jakby nie kontent z gorgów swych wrodzonych,
Ludzkiej ręce zazdrościł i pieśni uczonych
Chciał nawykać; więcże ja, którego promieniem
Bóg rozumnym oświecił, zapadnę z mem pieniem.
Że kto inszy okrąglej i gładzej rym dzieje,
Że sto wierszów w godzinę na papier wyleje,
A ja z gospodarnemi pszczołami na łące
Auzońskiej ledwie z kwiatków co soku wysączę:
Przecię, lubo Apollo nie zawsze mi prawy,
Nie przestanę zaczętej z sielankami sprawy.
Chociażże mi się sprzyja, atoli przez dzięki
Musi do pióra mego przyłożyć swej ręki
I powiedzieć: jakowe Demian z Panasem,
Kobeżnicy, rozgwary czynili pod lasem?


Demian.

Tuż pod górą w ogrodzie, idąc na południe,
Na calcu nieruszanym wykopałem studnię;
Wielem prace i kosztu z czeladzią mą ważył,
Abym z domownikami chłodnej wody zażył;
Lecz że z nieprzebranego ustawnie źródliska
Ponik wyskakający sowito wytryska,
Co żywo z okolicznych wsi do niej się garnie,
Idą stadami trzody i całe owczarnie,
Aż mi też już obrzydła, radbym ją zawalił,
Gdybym się pospolitej potrzeby nie żalił.
Tak cnotliwy on Dafnis, kiedy ten sad mnożył,
Który ja teraz trzymam, nie wiele go pożył.