Strona:PL Sebastyana Grabowieckiego Rymy duchowne.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A iż pomnię przeszłe lata,
Jakoś zwykł ratować świata,
Wynosi ręce ku tobie

20 
Dusza, schnąc jak ziemia w sobie.


Proszę, niż we wszem ustanie,
Byś ją raczył wspomódz, Panie,
Słysząc jej łkanie rzewliwe,
Niż pożre piekło straszliwe.



LXXXV.

Boże, daj ratunk[1] w mojem utrapieniu,
Bo kłamna rada w ludzkiem pokoleniu,
Nadzieja zdradna w pomocy człowieczej;
Sam ten bezpieczny, kogo masz na pieczej.

Rzadki przyjaciel, a ledwo doznany,

By trwał, gdy człowiek frasunkom podany.
A jeślić więc raz w żałości poradzi,
Przypadnie druga, ali się odsadzi.

Błogo tej duszy, która mówi sobie:

10 
Pan cząstka moja, a nadzieję w tobie

Pokłada, bo któż widzian opuszczony,
Któregoś ty wziął do swojej obrony?

Często człowieka i własny zmysł zdradzi;
Cóż za dziw, jeśli obcy zdradnie radzi?

15 
Kłamca duch ludzki! Komuż wierzyć, Panie,

W kim jest bezpieczne, krom ciebie, ufanie?

Zewsząd ciężkości dusze dolegają,
A wolę, że mnie[2] twe gniewy sięgają,

  1. ratunek.
  2. nie.