Strona:PL Schulz - Sanatorium pod klepsydrą.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja i ty, — powtórzył ze smutnym uśmiechem, — jak pusty jest dziś świat.
— Moglibyśmy podzielić go i nazwać na nowo — taki leży otwarty, bezbronny i niczyj. — W taki dzień podchodzi Mesjasz aż na brzeg horyzontu i patrzy stamtąd na ziemię. I gdy ją tak widzi białą, cichą, z jej błękitami i zamyśleniem, może się zdarzyć, że mu się zgubi w oczach granica, niebieskawe pasma obłoków podłożą się przejściem i sam nie wiedząc, co czyni, zejdzie na ziemię. I ziemia nawet nie zauważy w swej zadumie tego, który zszedł na jej drogi, a ludzie obudzą się z popołudniowej drzemki i nie będą nic pamiętali. Cała historia będzie jak wymazana i będzie jak za prawieków, nim zaczęły się dzieje.
— Czy Adela jest w domu? — zapytał z uśmiechem.
— Nie ma nikogo, wejdź do mnie na chwilę, pokażę ci moje rysunki.
— Jeżeli nie ma nikogo, nie odmówię sobie tej przyjemności. Otwórz mi.
I rozglądając się w bramie na obie strony ruchem złodzieja, wszedł do środka.

IV

— To są kapitalne rysunki — mówił, oddalając je od siebie gestem znawcy. Jego twarz rozjaśniła się refleksami kolorów i świateł. Czasami zwijał dłoń dookoła oka i patrzył przez tę zaimprowizowaną lunetę, ściągając rysy w grymas pełen powagi i znawstwa.
Możnaby powiedzieć, — rzekł, — że świat przeszedł przez twoje ręce, ażeby się odnowić, ażeby zlenić się