Strona:PL Schulz - Sanatorium pod klepsydrą.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chunku. Pan, dla którego wygotowywano ten rachunek pochylony nad ladą posuwał palcem wskazującym za każdą dodaną cyfrą, licząc półgłosem. Reszta gości przyglądała się w milczeniu. Mój ojciec rzucił na mnie spojrzenie z nad okularów i rzekł przytrzymując pozycję, na której się zatrzymał: Jest tu jakiś list dla ciebie, leży na biurku między papierami — i znów pogrążył się w liczeniu. Subiekci tymczasem odkładali kupione towary, zawijali je w papier, obwiązywali sznurkami. Regały były tylko częściowo wypełnione suknem. Większa część była jeszcze pusta.
— Dlaczego ojciec nie siada sobie? — zapytałem cicho, wszedłszy za ladę — wcale ojciec nie uważa na siebie, będąc tak chorym. Podniósł wzbraniająco dłoń, jakgdyby oddalał moje perswazje i nie przestawał rachować. Miał wygląd bardzo mizerny. Leżało jak na dłoni, że tylko sztuczne podniecenie, gorączkowa czynność podtrzymuje jego siły, oddala jeszcze chwilę zupełnego załamania.
Poszukałem na biurku. Był to raczej pakiet, niż list. Przed kilkoma dniami pisałem do księgarni w sprawie pewnej książki pornograficznej i oto posyno mi ją tu, już znaleziono mój adres, a raczej adres ojca, który zaledwie otworzył sobie sklep bez szyldu i firmy. W istocie zdumiewająca organizacja wywiadu, godna podziwu sprawność ekspedycji! I ten niezwykły pośpiech!
— Możesz sobie przeczytać z tyłu w kontuarze — rzekł ojciec, posyłając mi niezadowolone spojrzenie — widzisz sam, że tu nie ma miejsca.
Kontuar za sklepem był jeszcze pusty. Przez szklane drzwi wpadało tam nieco światła ze sklepu. Na

183