Strona:PL Schulz - Sanatorium pod klepsydrą.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


środku, dobyłem pistoletu i zawołałem: a teraz żegnajcie panowie i z tego, co za chwilę ujrzycie, wysnujcie przestrogę, by nikt nie porywał się na odgadywanie zamiarów boskich. Nikt nigdy nie zgłębił zamysłów wiosny. Ignorabimus, moi panowie, ignorabimus!
Przyłożyłem pistolet do skroni i strzeliłem, gdy w tej chwili ktoś podbił mi broń. Obok mnie stał oficer feldjegrów i trzymając w ręku papiery pytał: czy pan jest Józef N.!
— Tak — odpowiedziałem zdziwiony.
— Czy pan przed pewnym czasem — rzekł oficer — śnił sen standardowy Józefa biblijnego?
— Być może...
— Zgadza się — rzekł ofiecer, patrząc na papier. — Czy pan wie, że ten sen został zauważony w najwyższym miejscu i surowo skrytykowany?
— Nie odpowiadam za moje sny, rzekłem.
— Owszem, odpowiada pan. W imieniu Jego Cesarskiej i Królewskiej Mości jest pan aresztowany!
Uśmiechnąłem się. — Jak powolna jest machina sprawiedliwości. Biurokracja Jego Cesarskiej i Królewskiej Mości jest nieco ociężała. Zdynstansowałem dawno ten wczesny sen czynami o wiele cięższego kalibru, za które sam chciałem wymierzyć sobie sprawiedliwość, a oto ten przedawniony sen ratuje mi życie. Jestem do pańskiej dyspozycji.
Ujrzałem zbliżającą się kolumnę feldjegrów. Sam wyciągnąłem ręce, ażeby mi nałożono kajdany. Jeszcze raz odwróciłem oczy. Ujrzałem poraz ostatni Biankę. Powiewała chusteczką stojąc na pokładzie. Gwardia inwalidów salutowała mnie w milczeniu.


124