Strona:PL Schulz - Sanatorium pod klepsydrą.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łem zreformować świat. A zresztą może to wcale nawet nie było twoją intencją. Kolor czerwony, jest takim samym kolorem, jak inne, dopiero wszystkie razem tworzą pełnię światła. Daruj mi, że nadużyłem twego imienia do obcych ci celów. Niech żyje Franciszek Józef I!
Arcyksiążę drgnął na to imię, sięgnął do szabli, ale po chwili jakby opamiętał się, żywsza czerwień zabarwiła jego uszminkowane policzki, kąciki ust podniosły się jakby w uśmiechu, oczy zaczęły się toczyć w orbitach, miarowo i dostojnie odbywał cercle, posuwał się od jednego do drugiego z promiennym umiechem. Odsuwali się od niego zgorszeni. Ta recydywa cesarskości w okolicznościach tak niestosownych zrobiła jak najgorsze wrażenie.
Zaniechaj tego, Sire, rzekłem, nie wątpię, że znasz na wylot ceremoniał twego dworu, ale nie pora teraz na to.
Chciałem wam odczytać, dostojni panowie i ty Infantko — akt mojej abdykacji. Abdykuję na całej linii. Rozwiązuję triumwirat. Składam regencję w ręce Rudolfa. I wy szlachetni panowie, tu zwróciłem się do mego sztabu, jesteście wolni. Mieliście jak najlepsze chęci i dziękuję wam gorąco w imieniu idei, naszej zdetronizowanej idei — łzy zakręciły mi się w oczach — która mimo wszystko...
W tej chwili rozległ się gdzieś blisko huk wystrzału. Zwróciliśmy wszyscy głowy w tę stronę. Pan de V. stał z dymiącym pistoletem w dłoni, dziwnie sztywny i ukośnie wydłużony. Skrzywił się brzydko. Nagle zachwiał się i runął na twarz. Ojcze, ojcze, zawołała Bianka i rzuciła się na leżącego. Nastało zamieszanie. Garibaldi, który znał się, jako stary praktyk, na ra-

121