Strona:PL Puszkin Aleksander - Eugeniusz Oniegin.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
XXX.

Przyszła, rozparła się; i szmaty
Wiesza na każdy dębu sęk;
Na pola, szczyty gór, na chaty
Kobierców miękich rzuca pęk.
I brzegi z rzeką nieruchomą
Swym puchem równa... I łakomo
Mróz czyha... Ale wiejski świat
Z figielków matki-zimy rad.
Ty jedna smucisz się, o Taniu!
Na jej spotkanie nie chcesz iść,
Na mrozie dyszeć, śniegu kiść
Zdjąć z dachu łaźni o zaraniu,
Obmyć nim piersi, plecy, twarz...
Ty w myśli straszną podróż masz!


XXXI.

Już odjazd nieraz odroczono;
Wreszcie stanowczy przyszedł dzień.
Starą landarę, odświeżoną,
Toczy kilkoro sług przed sień.
I obóz gotów — cztery fury;
Na nich manatków całe góry...
Kufry, krzesełka, z kuchni sprzęt,
Rondelki, misy, garnczków rzęd,
Słoje konfitur, z drobiem klatki,
Sienniki i do pierzyn puch...