Strona:PL Puszkin Aleksander - Eugeniusz Oniegin.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

A psotnik go nie przestał wlec;
Tak w oziminie drży ów zając
I głębiej chowa ciało w rów,
Widząc przez krzaki błyski luf!


XLI.

Wreszcie Tatjana lżej oddycha...
Wstaje, przez mały idzie most...
Lecz do alei ledwie scicha
Skręciła — patrzy: przed nią wprost
Eugeniusz!... Idzie, błyszcząc wzrokiem,
Jak groźny cień, ogromnym krokiem.
Jakby się na nią ognia skry
Sypnęły... Stoi... Cała drży. —
Lecz co się stało tam z wieczora,
Jaki spotkania skutek był,
Opisać nie mam dzisiaj sił;
Po długiej mowie wytchnąć pora,
Na spacer iść... Dość plecy giąć...
Dokończę później jakośbądź!