Strona:PL Przybyszewski Stanisław - Synowie ziemi.djvu/071

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    wiem o własnem dziele. — Co? pojmujesz, że to tragedya. Czasami obłęd mnie chwyta, że umrzeć mogę, a tego nigdy nie posłyszę. A śmierć czyha, czyha...
    — Trudno — mówił Winiarski ze zwieszoną głową. — Pociesz się, ja też nigdy moich kartonów nie zobaczę w świetlistościach witraży... tak, może po śmierci...
    Czerkaski z trudem się opanowywał. Głowa mu ciężyła, jakby miał w niej ołów, a w piersiach kłócie, nieznocne, ostre kłócie, jakby mu w płuca rozpalone szpilki wsadzano.
    — I cóż? cóż? — pytał Szarski ciekawie.
    — To wielkie, to potężne. Masz słuszność, że ci pić wolno, dla mnie zostaniesz tem, czem jesteś — wielkim, oderwanym od czasu i tego wszystkiego... Ale wybacz, pożegnam cię teraz. Muszę wyjść na świeże powietrze. Jakoś mi niedobrze.
    — Odprowadzić cię?
    — Nie, nie...
    Wymknął się po cichu.