Strona:PL Przybyszewski Stanisław - Synowie ziemi.djvu/044

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    bie wybaczyć, że był tak nieostrożny i zobaczył coś przedwcześnie.
    Pan hrabia wszystko widział, wszystko wiedział i dziwił się tylko, do jakiej podłości może dojść mężczyzna, który kocha kobietę z — przeszkodami.
    Cóż z nią zrobić? medytował pan hrabia. Zabić po co? nie warta tego! Pojedynek? Ha, ha — jej kochanek — to uwiedzione biedactwo, aż nadto ukarane swojem upodleniem...
    I stało się wreszcie.
    A panu hrabiemu pośliznęła się noga na gleczarach Mont-Blanc’u.
    A dlaczego mu się pośliznęła?
    Kochał ją za bardzo.
    Tak! — Czerkaski ziewnął. — Kochał ją za bardzo.
    Spojrzał przez okno. I dziwne! Rynek, i kościół Maryacki, i kościół św. Barbary, i samotna, osierocona wdowa: wieża ratusza, wszystko to znikło mu z przed oczu — pozostała tylko jakaś przepotężna pustka nieba. Wszystkie gwiazdy pogasły — niebo białe jak droga poprzez świątecznie cichą wieś podczas Zielonych Świątek — tak! — patrzał na niebo — dziwne! bo przecież widział wszystkie gwiazdy w ich biegach, ich szalonym pędzie naokół olbrzymich kręgów.
    „Tak, jak się to wszystko na nowo rozpocznie, będę znowu stał przed wami z moją białą różdżką“, powiedział jakiś Pitagorejczyk. A biedny, wielki męczennik myśli o odwiecznym pierścieniu powrotu — Nietzsche, myślał tak samo.