Strona:PL Przybyszewski Stanisław - Synowie ziemi.djvu/029

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    zdołałoby rozerwać tego skupienia, coś, co tylko szeptem wypowiedzieć by można, nie! nawet nie szeptem — tylko tą tajemną, ukrytą, wewnętrzną mową: muzyką.
    Siadł na ławce, głęboko zadumany.
    — Wiosna, wiosna! — szeptał cicho.
    I jaka widna i szeroka rozpostarła się przed jego oczyma ziemia ojczysta.
    Hej! rozkwitły już pola rzepiku delikatnem, woniejącem kwieciem, zieleni się już rozkosznym kobiercem ozimina, umaiły się wierzby zielonym liściem, łąki popstrzyły się żółtym jaskrem, tulą się do trawy skromne anemony...
    Zdjęła go tęsknota za domem rodzinnym — chciałby teraz tam być, chodzić, patrzeć chłonąć to wszystko w siebie...
    — Po co? — szepnął nagle.
    Wszędzie ból, ból, cierpienie i ta straszna dola, przykucnięta na rozstajnych drogach.
    Ale nie mógł się oderwać od tej wizyi ziemi ojczystej.
    Kiedy w ciemnych nocach straszą srebrne topole po drogach, gdyby widma w białe płachty przyodziane —
    Kiedy z nad Gopła powstają wodne opary i srebrną mgłą rozścielą się na łąkach, a z chałup torfiarzy płynie, poprzez to morze mgieł, biedne, chore światło —
    Kiedy mgła wznosi się i roztapia w mżącym dżdżu — o, to już za wiele, — to tylko rozpływanie się czegoś, co było zgęszczone, to tajanie jakiejś zadumy; od dna duszy odrywa się jakiś mglisty szmat,